Żołnierze-zombie znający karate.

Żołnierze-zombie znający karate to pomysł tak debilny, że tylko w Hollywood ktoś mógł pomyśleć, że da się go przerobić na fajny film akcji. Jak pomyśleli, tak zrobili, w roli zombie obsadzając Jean-Claude'a Van Damme'a, który bardzo pasował do roli, gdyż jego umiejętności aktorskie odpowiadają zdolnościom zgniłego nieboszczyka.

Uniwersalnymi żołnierzami są w filmie Luke i Andrew - ofiary wojny w Wietnamie. Przywróceni do życia mają zostać idealnymi maszynami do zabijania, lecz... w trupach budzą się emocje. Umarlaki nagle zdają sobie sprawę, że się wzajemnie nienawidzą, a wówczas ich jedynym celem staje się pokonanie tego drugiego.

Reżyserem filmu jest Niemiec Roland Emmerich, znany z wielkich i durnych widowisk, takich jak "Dzień niepodległości" czy "Pojutrze". Choć jego dzieła nie mają po drodze z logiką, to zawsze ogląda się je z przyjemnością - i tak jest także w przypadku "Uniwersalnego". Jego głośno, szybko i efektownie, o co zadbały połączone siły producentów z Niemiec i USA.

Problemem filmu jest jego nijakość. Kręcąc go Emmerich nie wyrobił jeszcze swojego stylu, więc pewne fragmenty wydają się nieporadne. Można również pomyśleć, że reżyser nie wiedział zbyt wiele o podtrzymywaniu napięcia. Jasne, miał parę fajnych pomysły i ciekawie zaaranżował sceny akcji, ale temu wszystkiemu brakuje jakiejś iskry, która sprawiłaby, że można wsiąknąć w przedstawiony świat. "Uniwersalny żołnierz" miał bowiem potencjał, by zostać legendą, a okazał się tylko przyzwoitym filmem akcji.



autor: Michał Puczyński