Niezbyt mądrze, ale bardzo fajnie.

"Karate Kid" to film, który nie miał prawa nikomu się spodobać: jest tanią podróbką "Rocky'ego", a jego premiera przypadła na rok, w którym pojawiły się takie hity jak "Terminator", "Pogromcy duchów" i "Gliniarz z Beverly Hills". A jednak przy mikroskopijnym, bo pięciomilionowym budżecie, zyski z samych Stanów Zjednoczonych wyniosły ponad dziewięćdziesiąt milionów dolarów.

Stało się tak, ponieważ "Karate Kid" przemówił do młodzieży. Główny bohater - nastolatek pomiatany przez rówieśników - był i nadal jest postacią, z którą łatwo można się identyfikować. Jednak jego przygody - czyli zawarcie znajomości ze starym mistrzem karate, błyskawiczny trening i zwycięstwo w turnieju sztuk walki - to już czysta fantastyka. Głupota sprawiająca, że film staje się na tyle atrakcyjny, by ją zaakceptować.

Okiem laika trudno ocenić, czy walki karateków zostały pokazane wiarygodnie. Jedno jest pewne: nie są nawet w połowie tak efektowne jak w filmach z Jetem czy Bruce'em Lee. Mimo wszystko potrafią wywołać emocje. Jest to zasługą reżysera Johna G. Avlidsena, potrafiącego pokazywać historie obyczajowe z krwawym sportem w tle - wszak to on nakręcił pierwszego "Rocky'ego", którego w "Karate Kid" świadomie plagiatuje. I choć każdy element podróbki jest o klasę gorszy od oryginału, film się broni. Nawet po ćwierćwieczu od premiery.

Jeśli chcecie przypomnieć sobie tę perełkę kina klasy B, napotkacie trochę problemów, bowiem nie wydano jej w Polsce na DVD. Wobec tego pozostają trzy możliwości. Pierwsza to sprowadzenie filmu z zagranicy (lub zamówienie europejskiego wydania z Allegro) - obce edycje nie są drogie, a na dodatek posiadają polskie napisy. Druga to oczekiwanie na emisję w telewizji - a jak wiadomo, stacje lubią co jakiś czas wygrzebywać kultowe starocie. Natomiast o trzeciej opcji lepiej nie mówić...

 



autor: Michał Puczyński